„Mała Grecja?” – system finansowania nauki polskiej

Temat emerytur dla różnych grup zawodowych jest bardzo ostatnio popularny. Co ciekawe, absolutnie nikt w ramach debaty o równości i sprawiedliwości społecznej nie zwraca uwagi na kwestię emerytur naukowców (przyszłych emerytur).

Boom edukacyjny lat 90. XX wieku w Polsce sprawił, że jeśli byłeś profesorem mniej więcej w latach 1995-2005, twoje dochody brutto były astronomiczne. Słowo „astronomiczne” dotyczy nie wszystkich ówczesnych profesorów, ale z pewnością nie jest to garstka. W tamtych czasach nie było ograniczeń, jeśli chodzi o podejmowanie zatrudniania (równolegle) na kilku uczelniach. Rekordziści byli zatrudnieni na 10 i więcej uczelniach. Uczelnie państwowe także nie stawiały przeszkód w zdobywaniu dodatkowych dochodów np. słyszałem opowieści o profesorach, którzy w semestrze prowadzili ponad 100 magistrantów.


Nadgodziny w ośrodkach zamiejscowych, jakich niemal każda uczelnia publiczna miała kilka, dawały mnożnik razy cztery. Śmiejemy się z rozpasania Greków, którzy mieli dodatki do wynagrodzeń na pracę na wyższych piętrach, ale w Polsce wynagrodzenia profesorów również były szczodrze zwiększane przez różnego rodzaju przywileje, np. za wystawienie ocen powyżej jakiegoś pułapu, np. jeśli grupa liczyła więcej niż 50 studentów, przysługiwał ekwiwalent jednej nadgodziny z każdych czterech studentów. W efekcie wynagrodzenia profesorów, którzy w latach 90. byli u szczycie aktywności zawodowej, a więc urodzonych w latach 1940-1955, mogły sięgać kwoty rzędu 50 tys. złotych miesięcznie (mówimy o czasach sprzed niemal 20 lat, według dzisiejszych cen wynagrodzenie musiałoby wynosić ok. 100 tys. PLN/mies.).

Oto opinia (nie moja) anonimowego pracownika nauki: „Nie da się ukryć, że różnica w podejściu i sposobie traktowania różnych grup zatrudnionych na uczelniach, wywołuje narastające negatywne emocje i napięcia. Wywołuje też olbrzymie poczucie niesprawiedliwości dziejowej. Profesorowie, którzy teraz przechodzą na emeryturę, a którzy w niektórych przypadkach w swoim naukowym życiu nie wyszli z działalnością badawczą i publikacyjną poza zeszyty naukowe drukowane w rodzimej uczelni, których nikt nie chciał czytać, mogą liczyć na świadczenie emerytalne w wysokości nawet 4000-5000 zł (w zależności od płci i dodatkowych funkcji – dziekańskich, rektorskich itd.). Większość z nich miała też szczęście finansowo skorzystać na boomie edukacyjnym i dzięki wieloetatowości, dziesiątkom wypromowanych magistrów, a także dzięki innym związanym z dydaktyką możliwościom, mogła odłożyć na starość niezły grosz. Co gorsze dworsko-uczelniana etykieta wymusza płaszczenie się przed takimi „autorytetami”. Ci, którzy zaczynają pracę na uczelni mają „stawać na rzęsach”, by nadgonić powstały w minionych czasach dystans i dorównać do światowego poziomu nauki, mogą liczyć w przyszłości na 1100 złotową emeryturę (tak wynika z pisma z ZUS-u). Co gorsza nie mają przy tym praktycznie żadnego wsparcia. Oprócz kontrastujących z wysokimi wymaganiami dołujących perspektyw, właśnie ten brak wsparcia powoduje, że Ustawa z 2011 roku doprowadziła do tego, że praca na uczelni stała się prawdziwie katorżniczym wysiłkiem (dotyczy to głównie osób przed habilitacją), związanym z koniecznością sprostania coraz bardziej rozdętej biurokracji, spełnienia wymagań kompletnie nieadekwatnych do warunków pracy i uczelnianej rzeczywistości panującej w Polsce. Rzeczywistości, w której załatwienie najprostszej wydawałoby się błahostki może trwać tygodniami. Wszystkie problemy tej grupy kwitowane są słowami: „Radźcie sobie, tego wymaga konkurencyjny rynek pracy. Macie rywalizować z najlepszymi na świecie. Jak? My tego nie wiemy. My pisaliśmy do śmiesznych zeszycików naukowych, ale za to wy musicie zasuwać jak mrówki, bo jak nie to wynocha z uczelni”.”

Warto więc, mówiąc o emeryturach górników, spojrzeć także na emerytury naukowców. Jeśli mówimy o sprawiedliwości społecznej, nierównych szansach dla młodych, to aspekt kominów płacowych, które istniały w polskim szkolnictwie wyższym nie może być zaniedbywany przy ocenie finansowania polskiej nauki, a także wynikającego z niej poziomu motywacji. Skoro Norwegowie potrafili stworzyć fundusz kryzysowy, na który odkładają przychody ze sprzedaży ropy i gazu dlaczego w latach 90-tych XX wieku polskie Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego nie stworzyło takiego funduszu wykorzystując olbrzymi strumień gotówki, jaki płynął wtedy do uczelni.

Zawarte w tytule pytanie dotyczące „małej Grecji” można skwitować tak, że starsze pokolenie naukowców zaciągnęło dług wobec młodszego pokolenia naukowców (tak, jak starsi Grecy wobec młodszych). Zamiast reinwestować pieniądze w uczelnie, po prostu zostały one skonsumowane.
Trwa ładowanie komentarzy...