O studentach i wykładowcach, którzy blokowali Ministerstwo Nauki

Media bardzo często tworzą narrację opisującą polską rzeczywistość w sposób czarno-biały lub rzec by można komiksowy. W tym przypadku złym kotem jest Ministerstwo a myszami - pracownicy nauki.

Problemy polskiej nauki nie są nowe. Narastały od lat. Pierwszy z nich to zapatrzenie w przeszłość częste wśród polskich naukowców. Ile razy jeszcze będziemy słyszeć wykłady o nauce polskiej rozpoczynające się od historii Uniwersytetu Jagiellońskiego i Mikołaja Kopernika? Wiedeń w XIX wieku był naukową stolicą świata, fabryką noblistów, a dziś jest raczej w środku światowej ligi i nikt w Wiedniu dzisiaj nie rozpacza z tego powodu.

Nawet w Polsce mamy przykłady wielkiej przeszłości, z której niewiele wynika. W czasach renesansu poznański ośrodek akademicki był jednym z najsilniejszych w regionie obok Krakowa i Wrocławia. Dziś o sile nauki nie decyduje przeszłość, nawet niedaleka. W każdym miejscu na świecie w 5-10 lat przy odpowiednich funduszach można stworzyć światowej klasy zespół badawczy. Mobilność w nauce niesamowicie zmieniła dziś reguły konkurowania. Nasi naukowcy żyją ciągle w XIX wiecznych paradygmatach.

Druga sprawa to kwestia zaufania - w ogóle zaufania w różnych konfiguracjach. Czy studenci ufają nauczycielom akademickim, że ci przekazują im wiedzę dobrej jakości? Czy profesor zwyczajny pobierający pensję rzędu 8 tys. PLN za 150 h dydaktycznych w roku (plus sporo pracy administracyjnej, którą możne zlecić swojej sekretarce) naprawdę przeznacza resztę czasu na badania naukowe? Czy studenci ufają, że państwo polskie dopilnowało, że akredytacja z oceną "wyróżniającą" naprawdę jest znakiem jakości? Jeśli tak, to dlaczego w rankingach EQUIS najlepsza państwowa szkoła biznesu jest 30 miejsc za najlepszą niepubliczną polską szkołą biznesu?

To, co robi Ministerstwo w sprawie nauki to wyraz braku zaufania, do tego, że naukowcy nie "przepalą" pieniędzy. Naukowcy mają niesamowity dar posługiwania się zawiłym, niezrozumiałym językiem. Często go wykorzystują do uzasadniania wydatkowania pieniędzy publicznych, które nie są warte wyników. Nauka polska jest pełna patologii, których sami naukowcy nie potrafią naprawić. Ministerstwo nie zawsze udolnie przygląda się tym patologiom, wymyśla przepisy, które uderzają we wszystkich, aby nie urazić nikogo osobiście.

Ci, którzy protestują z pewnością mają „rację” w tym sensie, że używając racjonalnych argumentów wykazują słabości rządu. Ale z grupami protestujących naukowców w błogości wypoczywają niemałe grupy naukowców, którzy marnotrawią publiczne pieniądze nie dlatego, że defraudują jakieś wielkie fundusze, lecz dlatego, że po prostu minęli się z powołaniem. To dla osoby z zewnątrz dość dziwne, ale polski system nauki jest dość „nieszczelny” tzn. mogą do niego trafiać osoby o bardzo przeciętnych kwalifikacjach. Nie oznacza to, że ten sam system blokuje dostęp do zawodu jednostkom wybitnym. Polityczna poprawność, oportunizm, dyspozycyjność, usłużność MOGĄ z powodzeniem kompensować braki w kompetencjach. Jeśli mógłbym sugerować jakieś rozwiązanie z tej patowej sytuacji (pat polega na tym, że naukowcy są słusznie sfrustrowani działaniami Ministerstwa a Ministerstwo słusznie jest zbulwersowane wieloma widocznymi w nauce patologiami).

Moja biografia jest dość nietypowa jak na naukowca: przez 8 lat uprawiałem wyczynowo sport. Sport nauczył mnie, że kryteria doskonałości są bardzo obiektywne. Działacze oczywiście mogą trochę utrudnić sportowcowi karierę, ale jak się robi rekord świata na treningu lub zawodach lokalnych to otwiera drogę do Olimpiady. W nauce niestety tak nie jest, na szczycie hierarchii zbyt często znajdują się naukowcy bardzo przeciętni, nierzadko po prostu mierni. To budzi frustracje u wszystkich (oprócz samych zainteresowanych).

Niuanse w nauce dobrze służą tym, którzy za patologie odpowiadają. Jeśli wójt nie dopilnuje przetargu na budowę gminnej drogi, to wszyscy się o tym dowiadują, gdy droga się zaczyna rozpadać po kilku miesiącach. Lecz gdy w nauce ktoś źle zarządza projektem, w zasadzie wie o tym tylko garstka ekspertów. Ten brak transparentności cechujący naukę służy doskonale wszelkim patologiom. Czy jeśli urzędnik wybierze do realizacji projektu badawczy NGO, na którego czele stoi kolega profesor, z którym urzędnik w przeszłości napisał 10 artykułów naukowych i z którym zasiadał w różnego rodzaju gremiach naukowych to to jest „patologia”? Dla przeciętnego Kowalskiego nie. Ale dla większości naukowców to dowód na korupcję. Od ich dobrej lub złej woli zależy, czy zostanie ona napiętnowana (akurat ten prawdziwy przypadek uszedł urzędnikowi MNiSzW „na sucho” pomimo, że był sygnalizowany Ministrowi).

W Polsce brakuje szczerego dialogu w środowisku naukowym na temat patologii. Za dużo jest asekuranctwa. Naukowcy protestują, ale sami nie chcą opowiadać o patologiach, które znają ze swojego otoczenia, bo boją się stępić ostrze swoich argumentów. Z Kolei Ministerstwo boi się pełnić rolę prokuratora, ponieważ uczelnie są autonomiczne oraz nie chce narazić się wpływowemu środowisku, które doskonale wie, jak manipulować opinia publiczną. Dużo w tym całym sporze udawania - po obu stronach.

Jeśli mógłbym sugerować jakieś rozwiązanie z tej patowej sytuacji (pat polega na tym, że naukowcy są słusznie sfrustrowani działaniami Ministerstwa, a Ministerstwo słusznie jest zbulwersowane wieloma widocznymi w nauce patologiami) to wprowadzenie bardziej obiektywnych zasad oceny a także NADANIE wag osiągnięciom naukowym, przy pracach awansowych. Dzisiaj na wielu uczelniach "wypromowanie 100 prac magisterskich" jest podawane jako osiągnięcie tak samo cenne w dorobku jak dwa stypendia Fulbrighta i Marie Curie. W jednym wniosku awansowym widać "aktywność w komisjach dziekańskich w uczelni" a w innym opracowanie pierwszego w Europe Środkowej modelu pomiaru jakiegoś zjawiska.


Tekst jest komentarzem do artykułu Gazety Wyborczej pt. „Studenci, doktoranci i profesorowie blokowali ministerstwo nauki”.
Trwa ładowanie komentarzy...